czwartek, 30 sierpnia 2012

Nie ma to jak Pogorzelica! cz.2

Hej hej!

Jeśli przeczytaliście pierwszą część posta o Pogorzelicy, to pewnie się domyślacie, że będzie i 2. Oto ona.

Wtorek - Masaż

Tamtego dnia obudziłam się naprawdę wcześnie. Moja mama wychodziła na spacer z psem, a ponieważ Zuzia chciała iść z nią było małe zamieszanie. No, może lekko przesadziłam z tym zamieszaniem, ale mimo wszystko się obudziłam. Mojego taty nie było, bo wyszedł pobiegać, więc zostałam sama. Odsłoniłam zasłony w oknach koło mojego łóżka i zabrałam się za czytanie. Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo wciągnęła mnie ta książka. Później wrócił mój tata, a dokładnie po godzinie od swojego wyjścia, moja mama wraz z Zuźką. Zjedliśmy śniadanie i zastanawialiśmy się co będziemy dzisiaj robić. A oto kilka zdjęć z rana.


 kawałek naszego ośrodka
 
hehe, pasjans xD
 
W końcu padła decyzja, że w towarzystwie pani Halinki - pani Wezyra - moje mamy i Zuźki przejdę się do Niechorza. Byłyśmy tam z dobre 5 godzin! Mimo tego wcale daleko nie zaszłyśmy, bo nasze tempo nie było zbyt szybkie. Zaczęło się od tego, że weszłyśmy do Sandry ( click ), bo pani Halinka chciała się o coś zapytać, a potem siedziałyśmy już na fotelach masujących. ;P Było ekstra, polecam. Może nie da się do końca uniknąć uczucia bólu przy takim masażu, ale nie jest to znowu jakieś narzędzie torturujące. ;) Mnie w każdym razie się podobało.
Po wyjściu skierowałyśmy się w stronę Niechorza. Zatrzymywałyśmy się w prawie co drugim sklepie, ale mnie to nie przeszkadzało. Nigdzie się nie śpieszyłyśmy, więc dlaczego nie miałybyśmy sobie trochę połazić? W pewnym sklepie, jakaś kobieta oglądała Harry’ego Pottera. Aż nabrała mnie ochota, że pójść w jej  ślady i chyba po powrocie do domu tak zrobię. Pochodziłyśmy jeszcze z jakąś godzinkę po mieście, a potem poszłyśmy na jakiś obiadek. Wzięłam sobie spaghetti bollognese, ale za bardzo to mi nie smakowało. Według mnie moja mama robi lepsze. ;) Podczas obiadu przeszkadzały mi też osy, które cały czas krążyły wokół naszych talerzy. A oto kilka zdjęć z miasta.



 bluzka - bazarek
leginsy - ?
conversy - All Star Converse
torba - Terranova
 


 konik!!!
 
 
W drodze powrotnej potrzebowałam iść do toalety, więc razem z mamą wstąpiłyśmy po raz drugi do Sandry, a pani Halinka z Zuzią zostały przed budynkiem. Ponieważ do Sandry są dwa wejścia, weszłyśmy pierwszym, a wyszłyśmy drugim. Po wyjściu zorientowałyśmy się, że Zuźka z panią Halinką musiały już iść do przodu, bo z daleka ich nie widać. Trochę  zdziwiło nas to, że w krótkim czasie, pokonały dość duży dystans no, ale dobra, idziemy dalej. Idziemy, idziemy i idziemy, a tu nagle dzwoni telefon. Moja mama odebrała i po jej słowach, zorientowałam się, że nasze towarzyszki musiały zostać w tyle, wciąż na nas czekając. Zamiast iść dalej, oczywiście się wróciłyśmy. Po chwili szłyśmy już razem. Doszłyśmy do naszego ośrodka i postanowiłyśmy, że tak, jak wczoraj przejdziemy się wieczorem na plażę. Na szczęście woda była ciepła, więc można się było wykąpać. Fale były dość spore, ale mnie to nie przeszkadzało. Wróciliśmy do domu, gdzie Olaf około 21 znów zamówił pizzę. Najedliśmy się i wieczór minął dość spokojnie. Nie było nawet nocnego spacerku z Wezyrem. xD
 
Środa – Poranna burza
Rano obudził mnie głos mamy, oznajmiający, że grzmi i najprawdopodobniej zbiera się na burzę. Słowa skierowane były do mojego taty, który jak co rano, wychodził na poranne bieganie po plaży. Mimo przestrogi postanowił jednak sprawdzić, czy aby to, co mówi mama jest prawdą i wyszedł. Ja byłam wtedy pół przytomna, więc wydawało mi się, że wrócił po jakiś 10 minutach, ale w rzeczywistości minęło pół godziny. Mój tata strasznie boi się burzy, więc jak zagrzmiało, postanowił jednak wrócić do domu. Nie pamiętam dokładnie co było dalej, bo usnęłam, ale po jakiejś może godzinie przebudziłam się na nowo. Tym razem to mama zbierała się do wyjścia na spacer z psem, ale hamowały ją ciągłe grzmoty, ostrzegające przed, ciągle jeszcze, zbliżającą się burzą. Wyglądało na to, że pani Halinka również nie za bardzo wie, co ma robić, aż nagle z nieba lunął przeraźliwy deszcz. Skończyło się w końcu tak, że nasza sąsiadka poszła na poranne zakupy, a na spacer z Wezyrkiem wyszedł pan Marek z moim tatą. Na szczęście ulewa nie trwała zbyt długo. Całkiem miło się słucha odgłosów burzy, kiedy się leży w suchym i ciepłym łóżku. Deszcz szybko przestał padać i mogliśmy spokojnie zjeść śniadanie. Potem poszłam wziąć prysznic, a następnie przeszłam się do miasta, na gofra. ;P







 
 Pogoda znacznie się poprawiła, więc zdecydowaliśmy, że po obiedzie pójdziemy na plażę. Tak też zrobiliśmy. Po powrocie z miasta, posiedzieliśmy jeszcze chwilę przed domkiem, a potem poszliśmy na obiad. Wzięłam sobie rybkę, która była naprawdę tycieńka, ale mimo wszystko się nią najadłam. W drodze powrotnej zauważyliśmy, że trochę się zachmurzyło, ale postanowiliśmy nie rezygnować z planów. Tak, więc około godziny w pół do piątej ruszyliśmy w stronę plaży. Fale na morzu były ogromne! Na wieży ratownika powiewała czerwona flaga, a sam ratownik, wyganiał ludzi z wody. W każdym razie tych, którzy rzeczywiście odpłynęli za daleko. A ja, ponieważ lubię takie duże fale, od razu wskoczyłam do wody, ale mimo wszystko, dla bezpieczeństwa, trzymać się bliżej brzegu. Właściwie to woda sięgała mi tylko do kolan, ale w niektórych momentach podmywała mnie powyżej pasa. Posiedziałam trochę w wodzie, ale nie dało się za bardzo popływać, więc postanowiłam wyjść. Po przyjściu do domu, wysuszyłam włosy, a potem poszłam jeszcze raz do miasta. Jakby tego było mało, po powrocie załapałam się na wieczorny spacerek z Wezyrem, a kiedy wróciłam już do domu, myślałam, że nogi mi odpadną. Wiem co pomyślicie. Po co pchałam się na ten spacer, skoro tak strasznie bolały mnie nogi? Jakoś miałam ochotę iść dzisiaj z psem, ale nie przewidziałam tego, że wcześniej zawitam jeszcze w mieście. Na całe szczęście nigdzie już nie szłam i nogi przestały mnie niebawem boleć. Wieczór jak wieczór, minął dość szybko. Dzień wcześniej złapał mnie dość mocny katar i męczył mnie przez cały wieczór.
 bluzka - bazarek
spodnie - bazarek
converse - all star converse
bandanka - kupiona nad morzem
 
Czwartek – Gryfice
Ranek na pierwszy rzut oka wydawał się nawet pogodny, ale z relacji mamy i pani Halinki, które wróciły ze spaceru z psem, wynikało, że na plaży nie jest za wesoło. Wiał dość porywisty wiatr, ale u nas w ośrodku w ogóle nie było tego czuć. Zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy do Gryfic. Od samego rana bardzo źle się czułam. Miałam okropny katar i co chwilę musiałam biegać, żeby wydmuchać nos. Moja mama podejrzewała, że musiałam się gdzieś przeziębić, a ja w to nie wątpiłam. Nieraz kąpałam się przy wietrze, a ostatniego dnia był wyjątkowo mocny wiatr. Jakby tego było mało, kiedy wsiadłam do samochodu zaczęło mi się do robić niedobrze. Trochę się pokołysałam, a potem dojechaliśmy już na miejsce i mogłam wreszcie wysiąść z samochodu. Zamiast poczuć się lepiej, poczułam się jeszcze gorzej, niż przedtem. Weszliśmy do centrum handlowego, Hosso i szczerze mówiąc trochę się rozczarowałam. Kilka sklepów na krzyż i nawet empiku nie było, a liczyłam na kupno książki. Wiem co pomyślicie. Że jestem jakąś rozkapryszoną księżniczką z dużego miasta. Być może. Nie mówię, że jestem rozkapryszoną księżniczką, ale do dużego miasta jestem jak najbardziej przyzwyczajona. Nie miejcie mi tego za złe, ale tak już jest, kiedy ktoś wychowuje się w takim miejscu. Szczecin nie jest nie wiadomo jak wielkim miastem, ale jednak znacznie większym od Gryfic. Po jakimś czasie poczułam się lepiej i postanowiliśmy, że zajrzymy do miejskiego parku, który był naprawdę piękny. Bez dwóch zdań była to najlepsza rzecz w tym mieście. Sami zobaczcie.












 bluzka - bazarek
spodnie - ?
converse - All Star Concerse
torba - Terranova
 

Pięknie, prawda? Wróciliśmy, gdzieś przed 16 i poszliśmy na obiad. Początkowe plany były takie, że pójdziemy do Sandry na basen i masujący fotel, ale ponieważ pogoda nieco się poprawiła i na plaży nie było już tak strasznie, jak rano, postanowiliśmy, że pójdziemy na plażę. Morze nie było całkiem gładkie, ale fale nie były też tak ogromne, jak poprzednie. Popływałam trochę, porzucałam się na fale, a potem grzałam się już na kocu, bo zrobiło mi się zimno. Po powrocie poszliśmy na wieczorny spacer z Wezyrem, gdzie natknęłam się na wiewiórkę. Można powiedzieć, że stanęłam z nią oko w oko. ;) Spacer nie potrwał długo, bo pies chciał wracać do domu. W tym roku bardzo często mu się to zdarza, ale co się dziwić. Ma już swoje lata. Według mnie i tak dobrze się trzyma, jak na swój wiek. Wieczorkiem pograłam sobie z panią Halinką i Zuzią w grę labirynt i nic już się właściwie nie działo. Poczytałam trochę Pottera i wymęczona katarem, poszłam spać.
 
Piątek – Nudy
Piątkowy poranek ciągnął się niemiłosiernie. Pogoda też nie dopisywała. Rano zjadłam śniadanie, a potem trochę poczytałam książkę. Zuźka z tatą i panem Markiem poszli do miasta i wrócili z dwoma nowymi książkami. Jedna to przewodnik po świecie Harry’ego Pottera, a druga to po prostu zwyczajna, głupkowata parodia powieści J.K. Rowling. Obie są bardzo fajne.

 
Przejrzałam nowe książki i zaczął padać deszcz. Schowaliśmy się do domku i zamierzaliśmy posiedzieć tam do obiadu, bo nie było co robić. Zanim się spostrzegłam było już w pół do trzeciej, ale czas dalej się ciągnął i z utęsknieniem wyczekiwałam momentu, aż co się wreszcie wydarzy. Ok, poczytałam trochę książkę, ale ile można tak siedzieć i się mulić? W końcu zebraliśmy się i poszliśmy na obiad. Po raz drugi, podczas mojego pobytu w Pogorzelicy, wzięłam sobie naleśniki z serem, ale tym razem za bardzo mi nie smakowały. Ser był jakiś dziwny... ;P Poza tym, te dwa naleśniki jakoś nie bardzo były sycące. Ponieważ bardzo szybko skończyłam swoją porcję, zdążyłam porobić kilka zdjęć Wezyrkowi.


 
Po obiedzie poszliśmy do Niechorza, gdzie zawitałam w kafejce internetowej. Przepraszam, że wtedy nic nie napisałam, ale uznałam, że i tak nie opowiem Wam wszystkiego przez te marne pół godziny, więc dałam sobie spokój i postanowiłam napisać coś dłuższego w domu. Wzięłam się natomiast za poszukiwanie owego filmu, o którym już wspominałam, ale niestety nic nie znalazłam. No trudno. Wciąż mam nadzieję, że może ktoś z Was będzie znał tytuł. W drodze powrotnej kupiłam sobie torbę i znów rozsiadłam się na masującym fotelu. Masaż był chyba jeszcze bardziej bolesny, niż ostatnio… Zajrzałam również do pomieszczenia, gdzie znajduje się basen i nawet mi się spodobał. Postanowiliśmy, że wybierzemy się tam któregoś dnia. Na spacer z Wezyrem niestety nie poszłam, ponieważ trochę się zmęczyłam drogą do Niechorza i z powrotem.
torebka - kupiona nad morzem
Poczytałam sobie za to „ Księgę Wiedzy Magicznej ”,  którą dostałam rano od pana Marka. Książka jest bardzo ciekawa, pełna historyjek i legend odnoszących się do zaczarowanego świata Harry’ego Pottera. Można się dowiedzieć, np. co starożytni ludzie widzieli w amuletach, talizmanach, czytaniu przyszłości z gwiazd, wróżbiarstwie itp. Polecam. Wieczór, jak wieczór, minął szybko i trzeba było iść spać. Jednak oczywiście przed snem przeczytałam jeszcze kilka stron Harry’ego.
 
Sobota – Kolejni goście
Kolejny dzień z rzędu zaczął się tak samo; pogoda raczej marna, Wezyr po spacerze, a ja w piżamie przed domkiem. Zjadłam śniadanie, a potem odwiedzili nas kolejni znajomi moich rodziców. Poszliśmy na obiad, a potem zeszliśmy na chwilkę na plażę. Pogoda nagle uległa znakomitej poprawie. Niebo pojaśniało i zrobiło się nawet gorąco, więc wróciliśmy do domu, przebraliśmy w stroje i… NA PLAŻĘ! Przyznam szczerze, że chyba pierwszy raz w życiu widziałam coś takiego; tafla wody zupełnie płaska, bez najmniejszej fali, a po trzech krokach wpadało się po kolana. Mimo wszystko nie miałam zbytnio ochoty do kąpieli, więc po wejściu do kolan szybko zrezygnowałam i wyszłam z powrotem na piasek. Już miałam się ubierać, aż naszła mnie pewna myśl. „ A może to ostatnia szansa, przed powrotem do domu? ” I to mnie przekonało. Wzięłam głęboki oddech i szybkim krokiem weszłam do wody. Po chwili zanurzyłam się już cała i było naprawdę przyjemnie. O 19 poszłam na spacer z Wezyrem, ale okazało się, że psisko nieco nas wykołowało. Zanim zdążyliśmy wejść do lasu, zaczął grymasić, że chce iść w inną stronę. ( Wezyr ma tak, że siada i pokazuje głową, w którą stronę chce iść ). Nie mógł się zdecydować, w którą stronę w ostateczności chce iść, więc pan Marek kazał mu iść wybraną przez siebie ścieżką. Pies zaczął zawracać w stronę domu i poleciał w końcu w krzaki. Za chwilę okazało się po co. Wypadł z zarośli, a w pysku trzymał piłkę dla dzieci. Oczywiście o spacerze nie było mowy, bo musiał iść się pochwalić swoją zdobyczą. Kiedy zasiedliśmy do kolacji, zaczął padać deszcz i parę razy zagrzmiało. Burza trwała jakieś 20 minut, ale kiedy siedzi się spokojnie w domu praktycznie się tego nie odczuwa. I dobrze. Pograłam sobie w pasjansa, a potem padłam już na łóżko i zasnęłam.
 
Niedziela – Poranny spacer
Tego dnia, pierwszy raz w tym roku poszłam rano z Wezyrem na spacer. Na plaży nie było zbyt ciekawie. Zimny i mokry piach ( w nocy chyba padał deszcz ) nieprzyjemnie chłodził stopy i do tego wiał wiatr. Morze było spokojne, jak dzień wcześniej, ale patrząc po Wezyrze, nie było już takie głębokie. Psisko się wykąpało, a miało przy tym niezły ubaw. Sami zobaczcie.







 
Po naszym powrocie zdecydowanie się przejaśniło. Zebraliśmy się i poszliśmy na plażę. Woda nie było ciepła, ale nie była też nie wiadomo jak zimna. Chociaż przy każdym wejściu do wody powtarzałam sobie słowa: „ Boże! Jaki lód ”. Jednak coś mnie podkusiło i do wody wchodziłam trzy razy. Potem jak zwykle zjedliśmy obiad, a wieczorem poszliśmy do knajpki na pożegnalny deser.
nazwa knapki, w której byliśmy
Kiedy już wybraliśmy desery, z braku jakiejkolwiek kartki spisaliśmy nasze „ zachcianki ” na serwetce, bo zamówienie składało się przy barze, a uwierzcie mi, niełatwo zapamiętać desery dla ośmiu osób. No więc, gdy pani kelnerka przyniosła tacę z 4 deserami pan Marek zareagował na to słowami: „ Ojej, jak fajnie! To wszystko dla mnie! ” Ubaw mieliśmy tam naprawdę niezły. ;) Po udanej imprezie wróciliśmy do domu, a ja oczywiście zabrałam się za czytanie książki, a potem poszłam już spać.
 
Poniedziałek – Ostatni dzień w Pogorzelicy…
Oj tak, nadszedł ostatni dzień w Pogorzelicy. Szczerze mówiąc ja wcale nie tęsknię do końca za tym miejsce, ale za naszymi sąsiadami, którzy mieszkają w Krakowie, także rzadko się widujemy. Dlaczego ludzie, których naprawdę lubię i cenię muszą mieszkać tak daleko? To potwierdza moje przekonanie, że nie miejsce jest ważne, ale ludzie, których tam spotykam. Wydaje się, że tacy znajomi moich rodziców to dla mnie nie jest dobre towarzystwo z racji tego, że jestem jeszcze małolata. Mimo wszystko mam z nimi taki świetny kontakt, że naprawdę są mi bardzo bliscy. Są dla mnie prawie jak rodzina, a mało do kogo się tak przywiązuję. Obiecałam sobie, że na przyszłe wakacje, albo nawet wcześniej, nie dam żyć rodzicom, póki nie zgodzą się na wyjazd do Krakowa. Myślę, że za dużo się nie na męczę, bo sami bardzo chcieli tam pojechać. Mogę już nawet zrezygnować z Pogorzelicy, ale raczej nie będzie to konieczne. No dobra, a teraz trochę o poniedziałku… Około 10 poszłyśmy z panią Halinką „ wykąpać ” Wezyra ostatni raz w morzu. Pies chciał się pokąpać trochę dłużej, niż zaplanowałyśmy, ale musiałyśmy wracać, bo planowaliśmy wszyscy iść na basen. No i poszliśmy. Było super. Właściwie to był bardziej aqua park, niż basen, ale to jeszcze lepiej. Po kąpieli skoczyliśmy zjeść obiad, a potem znów zawitaliśmy w „ Złotej Rybce ”, gdzie byliśmy dzień wcześniej. Wypiłam gorącą czekoladę i wróciliśmy do ośrodka. Poszłam jeszcze wieczorem na ostatni spacer z Wezyrem.  Jakże mogłabym to przegapić? Na następny dzień planowałam wstać o 4 rano, żeby wyjść rano jeszcze raz z Wezyrem do lasu. Oczywiście nie sama. Miałam nadzieję, że jak najbardziej mi się to uda, ale nie byłam pewna, czy mam tak silną wolę, żeby zmusić się do wstania o 4 rano i wyjścia na dwór. Wieczorem posiedzieliśmy przed domkiem, wypiliśmy ostatnią już w tym roku wspólną herbatę i poszliśmy spać.
 
Wtorek – Papa Pogorzelico!
O 4 rano niestety nie wstałam. Zresztą już poprzedniego wieczoru zdecydowałam, że nie będę robić niepotrzebnego zamieszania. Obudziłam się wprawdzie, jak tata z panem Markiem wychodzili, ale poszłam dalej spać. Za dawnych lat bardzo się bałam, że nie wstanę o 6 rano i nie zdążę się z nimi pożegnać, ale po roku prawie codziennego wstawania o 6:30, we wtorkowy poranek już się nie bałam. Pożegnałam się z naszymi znajomymi i wróciłam z powrotem do łóżka, jednak nie mogłam już zasnąć, więc wzięłam się za czytanie książki. Zjedliśmy śniadanie, ale wciąż czuliśmy, że bez naszych sąsiadów Pogorzelica już nie jest taka sama. Pogoda była całkiem ładna. Najpierw byliśmy na spacerze w lesie, a potem ostatni raz w tym roku na plaży. ;) Woda była lodowata, ale mimo to się skusiłam. Po obiedzie kupiłam sobie nadmorską zakładkę do książek i koszulkę z napisem „ NIC NIE MUSZĘ! ”. Natomiast Zuźka kupiła sobie jakiegoś pluszowego stwora. ;D
bluzka - reserved kids
leginsy - terranova
buty - ccc
torebka - kupiona nad morzem
Potem wsiedliśmy już do samochodu i pojechaliśmy. Próbowałam podczas drogi robić coś w komputerze, ale skończyło się to jedynie bardzo nieprzyjemnymi mdłościami, więc dałam sobie spokój. Trochę byłam zła, bo nawet książki nie mogłam poczytać, bo od razu robiło mi się niedobrze. Ojej… Około 19 dotarłam do domu i strasznie się z tego ucieszyłam. Mam nadzieję, że ze znajomymi niedługo znów się zobaczymy. Na pewno długo będę wspominać te chwile w Pogorzelicy.
Papa!



3 komentarze:

  1. Woooow długi post ale przeczytałam :D
    Śliczne zdjęcia

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaki długi post xDD

    Mój laptop :PPPPPPPP

    Obserwujemy ; )?

    OdpowiedzUsuń
  3. też byłam w Pogorzelicy na kolonii . ; )
    fajne zdj .

    i polecam miejsce . ; )

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze!
Pozdrawiam, Eingharp!